wtorek, 25 października 2016

Hejt – srejt

Nienawidzę tego bezmyślnie powtarzanego hasła – hejt.

Nie ma przecież takiego słowa w języku polskim!

„Fale hejtu” się nie wylewają, bo nie ma czegoś takiego jak hejt. Jak może się wylewać coś, co nie istnieje?

Co to jest za bezmyślna kalka z języka angielskiego? Dlaczego nie możemy mówić po polsku – „nienawiść”? Za trudne? A może mało pozytywnie nacechowane? Źle się kojarzy „nienawiść”? Hejt kojarzy się, jak rozumiem świetnie, warto więc przypudrować odrażające zjawisko...

A może po prostu "nienawiść" nie mieści się na pasku w telewizorze? Trudniej wrzucić ją w nagłówek na portalu? Hejt jest modny, więc pewnie i bardziej klikalny... no to mówmy wszyscy o hejcie...

Dlaczego nie „nienawiść”? Bo wtedy nazywamy rzeczy po imieniu? A może nikt nie wierzy w to, że to o nienawiść chodzi? Może to jest coś lżejszego gatunkowo... skoro więc nie chodzi o „nienawiść”, to o co?

Pamiętam Internet sprzed neostrady. Pamiętam Internet w roku 1997, kiedy dostępny był głównie studentom. Ale to inni byli studenci. Internet był wtedy elitarny, sprzed najazdu „dzieci neostrady”. Było inaczej, było kulturalniej. Zawsze jest tak w mnieszym gronie.

I to skłania mnie do takiej refleksji, że być może w końcu głos w końcu dostali wtórni analfabeci, którzy po prostu inaczej napisać nie potrafią. Wydaje im się, że żeby podkreślić, trzeba pierdolnąć.

I ta dosadność, ten prostozmostyzm, to bawełnianie nieowijaństwo, które z uwagi na braki w wykształceniu sprowadza się de facto do języka analogii i metafor, trafia na takiego, a odbiorcę wychowanego w kulturze, w której każda krytyka odbierana jest jako atak.

Może zatem zamiast używać, idiotycznego moim skromny zdaniem, hej tu czas powrócić do starego, dobrego kołtuństwa?